W Boulder jak w domu

Dodano:
Jeleń, zdjęcie ilustracyjne Źródło: "Ameryka - tam, wzdłuż, wszerz i z powrotem"
PROF. ZIEMOWIT MALECHA || Mocno wymoczeni i zrelaksowani ruszamy na północ. Los, a raczej czysty przypadek sprawia, że na kilka dni lądujemy w Boulder w stanie Kolorado.

Znam to miasto doskonale. Bywałem tu wielokrotnie w przeszłości, współpracując z lokalnym uniwersytetem. Korzystając z okazji, odwiedzam profesora Jana Mycielskiego, wybitnego polskiego matematyka, z którym miałem okazję się zaprzyjaźnić. Jan zrobił doktorat jeszcze we Wrocławiu, pod okiem samego profesora Hugo Steinhausa, a do Stanów ściągnął go legendarny Stanisław Ulam, z którym Mycielski współpracował przez długie lata. Podczas rozmowy postanawiam zweryfikować pewną historię.

– Jan – pytam – a jak to było z tą anegdotą o Ulamie i prezydencie Kennedym? Podobno jechali razem windą, a Kennedy głośno zastanawiał się, co ma powiedzieć w najbliższym przemówieniu, żeby porwać naród. I wtedy Ulam miał mu rzucić: „Panie prezydencie, niech pan im obieca, że postawimy człowieka na Księżycu”. To prawda? Jan uśmiecha się ciepło, lekko mrużąc oczy. – To całkiem możliwe. Stan miał mnóstwo takich absolutnie niecodziennych, błyskotliwych pomysłów.

Tym razem w Boulder gości nas polsko-amerykańska rodzina. MM, żona mojego znajomego, to przybrana córka profesora Mycielskiego. Etnicznie jest Hinduską, natomiast jej mąż to Amerykanin, który mimo skomplikowanego rodowodu, mógłby bez problemu uchodzić za chłopaka z Mazur. Cała ta konfiguracja znajomości i przyjaźni ułożyła się dość niesamowicie. Najpierw poznałem męża MM, przez niego ją, a dzięki niej Jana. Nasze pierwsze spotkanie z MM było zresztą dość zabawne. Czekam na parkingu przed hotelem, bo jej mąż miał podjechać i pomóc mi w przeprowadzce. Podjeżdża wóz, otwierają się drzwi i ze środka wysiada niewysoka, dość postawna kobieta o karnacji, która w żaden sposób nie kojarzy się z Europą Środkową. Spogląda na mnie, po czym z szerokim uśmiechem, czystą, nienaganną polszczyzną i potężną dawką ironii mówi: – I co, zaskoczony? Cyganka, co? – i wybucha zaraźliwym śmiechem. – Zaskoczony, to fakt. Ale bardzo uradowany! – odpowiadam.

Podczas kolejnych wspólnych wieczorów MM opowiada mi o swoich perypetiach podczas podróży do Polski, gdzie ze względu na urodę niemal każdy brał ją za Romkę. Spotkało ją przez to wiele przykrych, ale też mnóstwo niesamowicie zabawnych i miłych sytuacji. Co najważniejsze – wcale jej to nie zraziło. W głębi duszy czuje się stuprocentową Polką, uwielbia pierogi i szczerze kocha nasz kraj.

Innym razem, szukając chwili oddechu, zaszywam się sam w jednym z lokalnych barów. Obok mnie, przy samym kontuarze, siedzi kobieta, powoli sącząc drinka. W pewnym momencie, najwyraźniej szukając powiernika dla swoich lęków, zagaduje do mnie z troską w głosie. Okazuje się, że jest śmiertelnie przerażona planami swoich znajomych, którzy właśnie postanowili pojechać na wakacje do Chorwacji, by pożeglować jachtem. Według jej głębokiego przekonania, czyhają tam na nich krwawi piraci, gotowi w każdej chwili dokonać abordażu i pozbawić ich życia.

Słucham tego z niemałym zdziwieniem i próbuję jej cierpliwie tłumaczyć, że Chorwacja to prawdopodobnie jeden z najpiękniejszych i najbezpieczniejszych zakątków Europy. Opowiadam o krystalicznym morzu, rzymskich zabytkach i spokojnych portach, które od bardzo dawna z piractwem nie mają nic wspólnego. Kobieta jednak kompletnie nie bierze moich słów do serca – wizja nowożytnych korsarzy na Adriatyku jest w jej głowie zbyt silna. W końcu, chcąc dodać sobie wiarygodności, dorzucam, że sam jestem z Europy, więc znam te realia z pierwszej ręki.

Nagle moja rozmówczyni mruży oczy, jakby dopiero teraz, przez mgłę swojego drinka, dostrzegła, że moje „r” nie brzmi do końca tak, jak u mieszkańców Kolorado. – Where are you from? – pyta z nagłym zaciekawieniem. – I am from Poland, but actually I live in New Hampshire – odpowiadam zgodnie z prawdą. Kobieta potakuje z namysłem, jakby układała te nazwy w jednej szufladzie swojej geograficznej wyobraźni, po czym z rozbrajającą szczerością kwituje: – Aaa, Poland, New Hampshire... You have a very strange accent over there...

I nie tracąc ani sekundy na dalsze rozważania o moim pochodzeniu, płynnie wraca do opowieści o morderczych piratach, którzy z pewnością już ostrzą szable na jej znajomych. Najwyraźniej mój dziwny akcent ostatecznie przekonał ją, że o świecie wiem znacznie mniej niż ona.

W Boulder mam okazję też liznąć nieco prawdziwej amerykańskiej kultury. Prawdziwym hitem okazuje się jednak prowincjonalna rozrywka, będąca amerykańskim odpowiednikiem naszych polskich dożynek. Najpierw zjadamy tam absolutnie najlepszego steka w całych Stanach Zjednoczonych, a potem zasiadamy na trybunach, by obejrzeć Demolition Derby. To totalna, bezkompromisowa destrukcja samochodów, które wcześniej – niczym potwór Frankensteina – zostały złożone z różnych modeli i wskrzeszone z martwych w garażowych warsztatach. Te żywe trupy z rykiem silników i w totalnym chaosie wpadają na siebie na pełnej prędkości. Im głośniejszy huk blachy, tym potężniejsze, pełne ekstazy „UUUCH!” niesie się z gardeł widowni. Wszystko warczy, syczy, z rozbitych chłodnic strzelają kłęby białej pary, z silników bucha czarny dym, opony pękają z hukiem, a w powietrzu latają fragmenty zderzaków. Zasada jest prosta: zwycięzca może być tylko jeden. Ten, którego auto jakimś cudem wciąż zachowa zdolność ruchu. Cała reszta zostaje na arenie – unieruchomiona, z martwymi motorami, bez kół, wbita w siebie nawzajem.

Jednak o wiele bardziej fascynujące od samej motoryzacyjnej rzezi jest to, jak Amerykanie to organizują. Cała otoczka. Wszystko zaczyna się od skoku spadochroniarza z powieszoną okazałą flagą USA. Chwilę później na arenę wpadają kowboje na koniach, robiąc rundę honorową wokół stadionu. Każdy z nich trzyma dumnie sztandar – lokalny, stanowy, narodowy. Gwiaździsty sztandar jest oczywiście największy. Jeźdźcy zatrzymują się na samym środku, ryk silników cichnie i z głośników płyną pierwsze dźwięki hymnu. I wtedy dzieje się coś niesamowitego. Cały stadion, co do jednego człowieka, dumnie wstaje z miejsc. Ludzie kładą prawe dłonie na sercach, niektórzy śpiewają. Stoją ramię w ramię wszyscy: Biali, Czarni, Azjaci, Latynosi. Czuje się, że w tym momencie celebrują coś ważnego i poważnego. U nas, w Europie, tak zwani „postępowcy” i wielkomiejscy mędrcy natychmiast określiliby to mianem „zacofania”, „zaścianka” czy wręcz „groźnego nacjonalizmu”. Tutaj, na prowincji Kolorado, nikt się tego nie wstydzi. Tutaj to po prostu zdrowa wspólnota, autentyczna duma i czysty, żywy patriotyzm.

Labirynt kanionów i pies w żółtej skarpetce

W Kolorado znajduje się około pięćdziesięciu szlachetnych szczytów noszących dumne miano czternastotysięczników. Ta przynależność do elitarnego klubu mierzona jest oczywiście w amerykańskich stopach, co w przeliczeniu na nasze daje nieco ponad 4267 metrów nad poziomem morza. I mnie spotkała przygoda osobistego zapoznania się z jednym z tych gigantów. Imię jego: Humboldt. Przydomek: porywisty wicher.

Do dziś zastanawiam się, czy tamte chwile nie były tylko snem. Na wysokości około trzynastu tysięcy stóp wiatr napierał z tak potężną siłą, a tlen był już tak rzadki, że wielu wspinaczy po prostu kapitulowało i zawracało w dół. Mi osobiście odwagi i otuchy dodała trójka spotkanych na szlaku zapaleńców oraz ich niesamowity, czworonożny kompan. Słynny kot Behemot z powieści Bułhakowa niech się schowa głęboko do szafy – w Kolorado żyje bowiem niepozorny pies-alpinista, dumnie noszący na jednej łapie żółtą skarpetkę. W żyłach tego zwierzaka musi płynąć czysta krew dzikiej kozicy! Piesek miał już na swoim koncie zdobycie takich szczytów, że na samą myśl człowieka przechodziły ciarki. Skoro on dawał radę, uznałem, że i ja sprostam. I tak oto, z psem skaczącym z kamienia na kamień, zdobyłem swój czternastotysięcznik.

Siedząc na upragnionym wierzchołku, łapiąc z trudem łyki rzadkiego powietrza, rozglądam się po okolicznych, zębatych szczytach.

– Na tym też byliście? – pytam jego właścicieli, wskazując palcem sąsiednią górę. Piesek radośnie merda ogonem, jakby chciał powiedzieć: „Jasne, stary”.

– A na tym? – Też – odpowiada jego człowiek.

W końcu mój wzrok pada na wierzchołek, na który z naszej perspektywy prowadzi stroma, śnieżno-lodowa ściana. Myślę sobie: „Nie, to jest fizycznie niemożliwe”.

– A na ten? – pytam z niedowierzaniem. Piesek z radości aż podskakuje na cztery łapy, a jego właściciel rzuca z tym absolutnym, amerykańskim luzem: – Sure.

Nie mam więcej pytań. W milczeniu łapię resztki tlenu przed czekającym mnie zejściem.

Ruszamy dalej. Krajobraz wokół jest absolutnie dziewiczy, a szlak staje się wąski, ledwo widoczny. Wokół panuje totalna dzicz – tutejsze świstaki są tak bezczelne, że biegają nam niemal między nogami. Wychodzimy zza ostrego zakrętu i nagle staję jak wryty. Na samym środku wąskiej ścieżki wyrasta przeszkoda nie do przejścia. Wielki jak koń, potężny (chyba) jeleń. Stoi, patrzy mi prosto w oczy i nawet nie drgnie. Wygląda na młodego zawadiakę. Idziemy powoli w jego kierunku, święcie przekonani, że zwierzak zaraz pęknie i zejdzie nam z drogi. W końcu nadchodzi Homo sapiens – dzika bestia powinna brać nogi za pas.

Gdzie tam. Jeleń ani drgnie. Podchodzimy tak blisko, że wyraźnie widzę wyraz jego oczu. Zero strachu. Czysta, zwierzęca zachęta do fizycznej konfrontacji.

– Kolego, ja nie mam rogów – mówię do niego cicho, unosząc ręce. Zmuszeni do nieplanowanej wspinaczki, musimy obejść go łukiem po okolicznych skałkach. Jeleń nawet nie drgnął. Stał nieruchomo na szlaku, kręcąc tylko leniwie łbem i śledząc wzrokiem każdy nasz krok.

W końcu udaje nam się dotrzeć do samochodu. Zbliża się wieczór, słońce chowa się za horyzont, a przed nami wciąż długa droga. Jedziemy przez pustą, dziką, zapadającą w mrok krainę. W ciągu dnia ta górska trasa była niezwykle malownicza, ale w nocy zmienia się w czarną otchłań, rozświetloną jedynie przez tysiące gwiazd na niebie. Nagle, w ułamku sekundy, z tej ciemności przed maską wyrasta wielkie zwierzę – stoi na środku asfaltu jak posąg. Hamuję. Samochód staje w miejscu, posąg ożywa, powoli i dostojnie schodzi na pobocze.

Serce przyspiesza, stres narasta. Jak tu jechać dalej w takich warunkach? Zaczynam uważnie lustrować pobocza i nagle dociera do mnie skala zagrożenia. Poza gwiazdami na niebie, całe pobocze wzdłuż drogi dosłownie świeci wielością, błyszczących w ciemności oczu. Stwierdzam krótko: koniec jazdy. Dalsza podróż to gigantyczne ryzyko czołowego zderzenia ze zwierzakiem, który gabarytowo mógłby bez problemu zmiażdżyć nasz samochód. Skręcam kierownicą i zatrzymujemy się na noc na pierwszym możliwym, dzikim zjeździe z drogi.

Powyższy tekst to fragment książki pt. "Ameryka – tam, wzdłuż, wszerz i z powrotem" autorstwa prof. Ziemowita Miłosza Malechy.

Polecamy
Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...